Legendarny perkusista grupy Dżem, przyjaciel Ryśka Riedla, który przed nałogiem uciekł w Bieszczady, ale nie przestał nagrywać. W wieku 66 lat zmarł Michał 'Gier' Giercuszkiewicz.
Pewien zawodowy basista, Reuben Levy , opublikował niedawno na portalu thezreview.com jego autorską listę bębniarzy, którzy jego zdaniem są mocno przecenieni. Stworzył ją na bazie wieloletniego doświadczenia, długiej obecności w branży i pracy z wieloma muzykami. Nie przedłużając, oto zestawienie 10 najbardziej przecenianych
Wcale mnie nie dziwi, że dziś światowi przywódcy nie chcą słuchać prezydenta Dudy, ponieważ on nie ma pojęcia ani o prezydenturze, ani o rządzeniu dzisiejszym światem – mówił Lech
Zmarł Damian Niewiński. Perkusista miał 35 lat. Smutną informację jako pierwsza podała Ewa Kałużna z Radia Łódź. "Jesteśmy załamani. Łączymy się w bólu z rodziną i bliskimi Damiana. Dziękujemy za Twoją piękną duszę i za Twój talent. Do zobaczenia" - pożegnała w mediach społecznościowych muzyka Daria Zawiałow.
Perkusista bije bęben. Get 10 Adobe Stock standard assets. Pobierz . Opis . perkusista muzyka muzyk wykonawca człowiek ludzie dźwięk piosenka mężczyzna osoba.
Chcesz poznać nietypowego DJ na wesele? DJ na wesele, który nie tylko miksuje muzykę, ale także gra na instrumencie?Witaj na kanale DJ perkusisty — jedynego
hK58C. Z kolejnym zawiadomieniem do prokuratury wystąpił Patryk Kaźmierczak, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej rozbiła grupę przestępczą w regionie 26 czerwca br. przebywał w Inowrocławiu Jarosław Kaczyński, prezes PiS. Spotkał się on z inowrocławianami w Sali Koncertowej im. Ireny Dubiskiej. W związku z wizytą, policja ogrodziła część pobliskiego parkingu i plac zabaw przy ulicy Kilińskiego. Dzień później Patryk Kaźmierczak skierował do komendanta powiatowego policji pytania: kto zdecydował o zamknięciu przez funkcjonariuszy terenu parkingu, jaka była podstawa prawna podjęcia takiej decyzji, a także kto podjął decyzję o zamknięciu przez funkcjonariuszy terenu placu zabaw przy ul. Kilińskiego i jaka była tego podstawa prawna?Patryk Kaźmierczak zapytał też, czy zdaniem policji dzieci bawiące się na placu zabaw stanowiły jakiekolwiek zagrożenie?Komendant inowrocławskiej policji odpowiedział wiceprzewodniczącemu. Poinformował, że w trakcie wizyty Jarosława Kaczyńskiego funkcjonariusze nie utrudniali mieszkańcom dostępu do parkingu ani do placu wystąpieniu do prokuratury Patryk Kaźmierczak zaznaczył, że był świadkiem zdarzeń w dniu 26 czerwca. Załączył też nagranie. Poinformował, że przedstawia ono zamaskowanego człowieka z napisem „Policja”, który uniemożliwił mu wejście na teren parkingu oraz placu zabaw z uwagi na fakt, że „W tej chwili policjanci zabezpieczają ten teren”.Kaźmierczak zawnioskował, by prokuratura ustaliła czy widoczny na nagraniu zamaskowany człowiek w ubraniu z napisem „Policja” jest funkcjonariuszem policji oraz czy uniemożliwienie dostępu do publicznego parkingu oraz placu zabaw mieszkańcom Inowrocławia przez funkcjonariuszy nosi znamiona przekroczenia uprawnień?Sprawę komentuje Damian Polak, radny opozycji z Klubu PiS:"Wniosek polityka PO do prokuratury to zwyczajne bicie politycznej piany. Wszystkie kwestie związane z interwencją Policji zostały wyjaśnione przez Komendę Wojewódzką Policji w Bydgoszczy, Komendę Powiatową Policji w Inowrocławiu oraz przez szefa resortu MSWiA. Przyzwoitość nakazywałaby, żeby Pan Wiceprzewodniczący w imieniu wszystkich radnych i działaczy PO, a także Porozumienia Ryszarda Brejzy - uczestniczących w tej „manifestacji”, przeprosił funkcjonariuszy Policji oraz osoby biorące udział w spotkaniu z Prezesem PiS. Przeprosił w szczególności za wyzwiska, wulgarne komentarze i agresywne zachowania. Brak przeprosin, a co więcej aktywny udział polityków PO i Porozumienia RB w tej przepełnionej agresją manifestacji, odbieram jako aprobatę z ich strony dla hejtu, wulgarnych i agresywnych zachowań wobec osób mających inne poglądy polityczne oraz wobec funkcjonariuszy Policji wykonujących swoje obowiązki służbowe. Przez grupę agresywnych ludzi uczestniczących w tej manifestacji obrażane były również kobiety i starsi ludzie. To smutne jaki wizerunek pozostawili po sobie działacze inowrocławskiej PO i Porozumienia Ryszarda Brejzy. Mam nadzieję, że da to tym osobom do myślenia i następnym razem będą potrafili z należnym szacunkiem odnosić się do osób, które przecież mają prawo mieć odmienne poglądy".Średniowieczne zamki krzyżackie na Kujawach i Pomorzu. To duża atrakcja [zdjęcia]Inowrocław. Trzeci turniej o tytuł mistrza Wakacyjnej Ligi Piłki NożnejTomasz Maliszewski ponownie zarządcą KCK w Inowrocławiu Tak obchodzono Święto Policji w Komendzie Powiatowej Policji w InowrocławiuFilm "Nie igraj z wodą" przypomina zasady bezpieczeństwaLatem 2022 z Inowrocławia do Przyjezierza autobusem. Wakacyjny rozkład jazdy!Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera
Perkusista, który jest idealnym przykładem na to, jak dużą rolę odgrywa aspekt wizualny w grze. Zzarówno w kwestii rozstawienia bębnów, jak i wizerunku samego muzyka. W Polsce znany głównie z występów w AC/DC, ale przecież to nie wszystko. Chris ma już na liczniku 50 lat kariery!Nie oszukujmy się i nazywajmy rzeczy po imieniu. Poruszając temat Chrisa Slade’a w luźnych koleżeńskich rozmowach, ileż to razy słyszałem o nim - "ten łysy z AC/DC". Prawda jest taka, że Chris wyróżniał się wśród muzyków australijskiej legendy. Tym bardziej, że mniej zainteresowani twórczością zespołu, ograniczający się do podstawowego zestawu hitów, nie bardzo rozróżniali, kto jest kim w zespole, za wyjątkiem charyzmatycznego Angusa Younga i ubranego w charakterystyczną czapeczkę drugiego wokalisty zespołu - Briana Johnsona. Slade zastąpił w kapeli Simona Wrighta i wstrzelił się idealnie kilkoma elementami, które na zawsze wpisały się w historię rocka. Przede wszystkim zagrał na dwóch fenomenalnych płytach. Utwór Thunderstruck z płyty The Razor’s Edge słychać praktycznie w każdym zakątku ziemi, czasami wręcz w niecodziennych okolicznościach. Prawdziwy pomnik energetycznego rocka! Rok 1990 to czas, kiedy wideoklipy były czymś wyjątkowym, mistycznym kontaktem z kapelą na ekranie telewizora, a prawdziwą świątynią takich spotkań była pewna stacja telewizyjna, która obecnie zajmuje się testami ciążowymi nastolatków… To właśnie genialny w swej prostocie teledysk do wspomnianego wcześniej utworu przyniósł kolejny element, dzięki któremu Chris został zapamiętany przez fanów na wieki. Dwa wielkie bębny, zawieszone z prawej i lewej strony jego zestawu. Chris stał się więc "tym łysym z AC/DC, co wali w takie wielkie bębny". Płyta w pełni zasłużenie okazała się wielkim hitem, a wydany chwilę później album koncertowy potwierdził klasę kapeli oraz samego Slade’a. Pięć lat obecności w AC/DC dało muzykowi większą popularność niż cała jego dotychczasowa kariera, a z pewnością nie można tu mówić o graniu "ogonów". Warto cofnąć się do połowy lat 60, gdzie Chris podkładał bębny słynnemu Tomowi Jonesowi. Innymi muzykami, którzy mieli przyjemność współpracować ze Sladem byli Jimmy Page, Paul Rodgers, David Gilmour, Manfred Mann, Gary Moore czy Gary Numan. Te nazwiska mówią chyba same za siebie. Chrisa dodatkowo sięgnął też syndrom Randy’ego Castillo. O czym mowa? O tym przeczytacie Chris dobija już siedemdziesiątki i gra koncerty ze swoim Chris Slade Timeline. Jest to zespół, który ma za zadanie podsumować całą jego kilkudziesięcioletnią karierę, grając utwory w których nagraniach uczestniczył. Mimo emerytalnego wieku perkusista nie przestaje szaleć za bębnami tak, jak czynił to od zawsze… Twoja pierwsza profesjonalna robota to współpraca z Tomem Jonesem. Jak trafiłeś na tego artystę? Mój ojciec był tancerzem - stepował, wokalistą, artystą estradowym i współpracował z Tomem. Tata powiedział mi, że jest młody wokalista, który jest lepszy nawet od Tommy’ego Steele. Odrzekłem mu: "Nie może być lepszy niż Tommy Steele, bo byłby w telewizji!". Ale ojciec miał rację. Jak zatem doszło do współpracy? Kilka lat później, gdy miałem około 17 lat, miałem pracę w soboty w sklepie w Cardiff. Tommy Scott - bo pod takim pseudonimem Tom był wtedy znany - oraz jego zespół The Senators byli dobrze znani w Walii. Pani, która pracowała ze mną w sklepie, powiedziała mi, że dzień wcześniej wywalili z zespołu perkusistę. Tego dnia Mike Roberts, gitarzysta zespołu, wszedł do sklepu, żeby kupić sobie jakieś buty. Podszedłem do niego trzęsąc się i powiedziałem: "Słyszałem, że szukacie perkusisty. Ja jestem perkusistą i mieszkam niedaleko Toma." Spotkaliśmy się i poprosili mnie, żebym zagrał Walk Don’t Run zespołu The Ventures. Zacząłem grać, a oni powiedzieli: "Chodźmy do pubu i przegrajmy to." Tak to się zaczęło. Czy zespół dobrze żył z grania w tym okresie? Graliśmy pięć lub sześć wieczorów w tygodniu, zarabiając niezłe pieniądze, po czym ruszyliśmy do Londynu, gdzie głodowaliśmy, ponieważ nie mogliśmy złapać żadnego grania. To nie było dobre. Jedliśmy co drugi dzień, ponieważ tylko na tyle mogliśmy sobie pozwolić. Zmieniliśmy się z wielkiej ryby w stawie w małą rybkę w oceanie. Nie było to na długo przed osiągnięciem sukcesu. Tom miał cudowny głos. Zaraz, jak nagraliśmy It’s Not Unusual, wiedzieliśmy, że będzie to numer jeden. Tom pojechał do Gordona Millisa, managera, który napisał tę kompozycję. Powiedział mu, że jeżeli nie będzie miał tej piosenki, to Gordon nie będzie więcej jego managerem. Gordon powiedział mu: "Obiecaliśmy tę piosenkę Sandy Shaw!". Tom zamierzał wrócić do Walii i nagrywać bez tej piosenki, ale Sandy ostatecznie odrzuciła ten utwór. Od tego momentu kariera Toma ruszyła mocno do przodu. Przestaliśmy być głodującymi muzykami z Londynu, a Tom stał się artystą estradowym Las Vegas. Był największy na świecie. Stanowczo nie przesadzam, w tym czasie w Stanach był większy niż Elvis i Frank Sinatra razem wzięci. Graliśmy tydzień w Cherry Hill w New Jersey, dżezowaliśmy każdego wieczoru. Jedyne, co mieli napisane na szyldzie przed wejściem, to: "On tu jest". To musiał być dla ciebie okres, za którym ciężko nadążyć. To był szalony czas. Tak, jak wszystko, co się z tym wiązało. Byłem chłopakiem ledwo dwudziestoletnim, to mówi samo przez się. To był wspaniały okres i wielka nauka, jak zmienne jest życie. Zaczęliśmy od rock and rollowego zespołu, a skończyliśmy na 30-osobowej orkiestrze. Przeszedłeś później do Manfred Mann… Odszedłem od Toma w 1970 roku. Odszedłem od niego i dostałem telefon z Manfred Mann. Zagrałem w kilku utworach, gdy robiliśmy Chapter Three, czyli w okresie pomiędzy zespołami Manfred Mann a Manfred Mann’s Earth Band. To był jazz. Miesiąc lub nieco później zadzwonił do mnie mówiąc, że składa zespół, zapytał, czy chciałbym to z nim zrobić. Zapytał, czy znam jakiegoś basistę. Zacząłem właśnie grać z Colinem Pattendenem, który ostatecznie został pierwszym basistą Earth Band. Czy było to dla ciebie łatwe? Przejście od popowego i big bandowego Toma Jonesa do świata jazzu. Jestem szczęściarzem, że byłem w stanie coś takiego zrobić, bo jeżeli byłoby inaczej, moja kariera skończyłaby się wtedy, gdy Tom ruszył z big bandem. Zasadniczo mieli Kenny’ego Clare’a, który czekał w odwodzie, gdyby powinęła mi się noga właśnie z big bandem Toma. Bez ciśnienia. Zobaczyłem go i zapytałem: "Kenny, co ty tu robisz?". Nie zaskoczyłem wtedy, o co chodzi. A oni czekali, że w razie gdybym dał ciała - byłoby: Slade wypad, Kenny wchodzi. Gary Numan to kolejne stylistyczne przesunięcie. Wprowadziło cię to w świat Nowej Fali i elektroniki. Gary Numan to była świetna sprawa, ponieważ musiałem grać z Pino Palladino (basista). Cóż za fantastyczny muzyk i wspaniały partner w sekcji. Gary zapytał mnie, czy znam jakichś bezprogowych basistów, a ja akurat spotkałem Pino kilka tygodni wcześniej. Jest z Cardiff, wszyscy myślą, że jest Włochem. Wiedziałem, że jest utalentowany, ale nie wiedziałem, jak bardzo, po prostu wiedziałem wtedy, że jest dobry. Pasował idealnie i graliśmy razem przez około rok. Gary wszedł w elektronikę, a Pino włożył w tę muzykę bardzo dużo serca. Kwestie elektroniki w tej pracy wydawały się być chyba niezłym wyzwaniem? Przerażającą rzeczą było to, że my nawet nie graliśmy do metronomu. Musieliśmy grać do ścieżek, nagranych ścieżek klawiszowych, a to było trudne. Musiałeś słuchać sekwencji akordów. Pamiętam, jak pewnego dnia padły kompletnie monitory odsłuchowe, nie mogłem nic usłyszeć. Powiedziałem: "Pino, idę teraz za tobą!". Gary’emu nie bardzo się to podobało, ale nie mogłem zrobić nic innego. Jak współpracowało się z Garym? W tym okresie był bardzo dużą gwiazdą. Gary był bardzo wymagający. To zabawne, pracowałem z dwoma artystami o imieniu Gary. Drugim był Gary Moore, który był także bardzo wymagający. Obaj byli niesamowicie wymagający, ale wspaniali. Gary Moore… Co za gitarzysta. David Gilmour to kolejny wielki artysta, z którym grałeś. Gilmour jest fantastyczny, to prawdziwy diament. Świetnie się z nim współpracowało i celowo mówię "z", ponieważ w niektórych przypadkach pracujesz dla kogoś, ale z Gilmourem pracowało się razem, a to jest wielka różnica. Podobnie było z Jimmym Pagem. Grałeś z Jimmym Pagem obok Paula Rodgersa i Tony’ego Franklina w The Firm. Jak do tego doszło? Odebrałem rano telefon: "Halo, tu David Gilmour." Powiedziałem: "Daj spokój, Fred, przestań się zgrywać, wiem, że to ty." Głos z drugiej strony powiedział: "Nie, tu na serio David Gilmour." Spojrzałem na telefon z niedowierzaniem. Składał zespół i chciał, żebym grał u niego na bębnach. Odpowiedziałem: "Łał, daj mi pomyśleć przez chw… tak!". Powiedziałem mu jednak, że jestem zaangażowany we współpracę z Mickiem Ralphsem i jego zespołem, na co David powiedział: "W porządku, nie ma problemu, Mick niech robi swoje." To było to. Zadeklarowałem, że się pojawię. Powiedziałem później swojej kobiecie, że idziemy razem do pubu. Wróciliśmy po kilku godzinach i zadzwonił telefon: "Halo, tu Jimmy Page." Odrzekłem: "Fred, naprawdę wiem, że tym razem to ty!". Był to naprawdę Jimmy Page, który powiedział mi, że składa zespół z Paulem Rodgersem i chciał, żebym grał z nimi. Odpowiedziałem mu: "Jim, nie uwierzysz, ale trzy godziny temu David Gilmour zapytał mnie, czy chciałbym zagrać z nim trasę i to co najmniej przez trzy miesiące." Nastąpiła śmiertelna cisza w słuchawce i po chwili rzekł: "W porządku, zaczekamy na ciebie." Nie mogłem w to uwierzyć. Ostatecznie Page i Rodgers czekali na mnie 9 miesięcy. Dzwoniłem do nich ze Stanów informując, że dodano kolejne dwa miesiące do trasy. Wiedziałem wtedy, że mam największe szczęście na świecie. Byłem pierwszym regularnym perkusistą, który grał z Jimmym od czasów Johna Bonhama. Jestem z tego bardzo dumny. Na początku była umowa, że The Firm nagra dwa albumy, po czym się rozwiąże. Chciałeś, by zespół grał dłużej? Zamierzaliśmy zebrać się ponownie. Były rozmowy pomiędzy ich ludźmi, naszymi ludźmi, ludźmi z innymi ludźmi i wszystko miało się złożyć z powrotem, ale ostatecznie ten mało znany, słabiutki zespół o nazwie Led Zeppelin zebrał się razem i zrobił swój powrót, który wybił wszystkim z głowy nasz powrót. Kto wie, co się stanie, nigdy nie mów nigdy, to może w końcu się stanie faktem. Po The Firm pojawiło się AC/DC. Kolejny kolos rocka, w którego wbiłeś swoje zęby. Pracowałem z Gary’m Moore’m i z tego, co kojarzę, to na koncercie pojawił się Malcolm Young. Bob Daisley znał Malcolma, co dało mi szansę na udział w przesłuchaniu. Przesłuchiwany byłem razem z około setką topowych drummerów. Znam nazwiska kilku z nich, ale nie powiem, kto to był. Powiem tyle, że ludzie z wielkich kapel dzwonili do chłopaków, mówiąc: "Nie mówcie mojej kapeli, ale naprawdę chcę spróbować z AC/DC." Jak wyglądało przesłuchanie? Zagrałem przesłuchanie i wydawało mi się, że wypadłem tragicznie. Zadzwoniłem do żony i powiedziałem jej, że będę w domu za pół godziny i że poszło koszmarnie. Powiedziałem nie to, co trzeba i zagrałem nie to, co trzeba. Rugałem się całą drogę do domu. Małżonka wyszła mi naprzeciw, gdy wróciłem do domu i powiedziała: "Zatem byłeś beznadziejny", na co odpowiedziałem jej, że tak było, a ona po chwili dodała: "Właśnie dzwonili i powiedzieli, że masz tę robotę!". To był doskonały okres na wejście do zespołu. W chwili, gdy przerywali zastój w swojej karierze z połowy lat osiemdziesiątych i wracali na stadiony jako gwiazda wieczoru. To było fantastyczne. Jedną z rzeczy, o jaką ludzie często pytają mnie odnośnie tych wielkich koncertów to, czy używałem klika z AC/DC. Nigdy nie używaliśmy. Na scenie nigdy nie chciałem grać z klikiem i nigdy nie chciałem słyszeć klika. Wolałem mieć mrugające światło za sobą. Chciałem, światło, światło, światło, światło, po czym odliczałem, żeby zespół wszedł. Wykorzystywałem je jako tempo startowe. Ooo, no i ci ludzie, którzy mówili, że gram piosenki za szybko. Nigdy nie ustalałem tempa. Od tego byli Angus i Mal. Powiedzmy to publicznie wprost - oni ustalali tempa piosenek, a przecież nie mogłem z nimi polemizować w tej kwestii. Album The Razor’s Edge był kompletnym odświeżeniem zespołu. Pamiętam, jak Cliff powiedział mi, że zazwyczaj sprzedawali miliony kopii każdej płyty na całym świecie, a ostatni album sprzedał się mniej więcej w ilości jednego miliona. Myślałem, że i mnie to dotknie. Thunderstruck i Razor’s Edge sprzedało się chyba w ilości 20 milionów. Gdy byłem w zespole, w samych Stanach sprzedało się 10 milionów egzemplarzy. To przyniosło świeży powiew życia do zespołu. Thunderstruck to świetny utwór, w ogóle na tej płycie są świetne utwory. Kiedy wpadłeś na pomysł, by zamieścić po obu stronach wielkie bębny basowe? Po porostu jakoś na to wpadłem. Na początku mieliśmy to bum bum, które było podwójnym uderzeniem w tomy. Zastanawiałem się, jak to odtworzyć i uczynić atrakcyjnym wizualnie do teledysku. Powiedziałem technicznemu Dickowi, że chcę dwie centralki na wysokości ramion, na co on zareagował: "Że co?!". Przyszedłem drugiego dnia i stały. Zbudował stelaż, by stały stabilnie. Wymagało to chyba konkretnej siły, by zabrzmiały? Nie uderzałem w nie zbyt często, ale uwielbiałem to robić. Traktuję grę na perkusji jak sztukę walki, koncentrujesz swoją siłę. Sztuki walki nauczyły mnie prawidłowego oddechu oraz koncentrowania swojej siły w jednej sekundzie. I tak też gram na bębnach. Traktuję bębny tak, jakby to była broń. Masz je ciągle w swoim zestawie? Ten zestaw to Pearl, a ja aktualnie gram na DW. Wykorzystuję ten zestaw na trasie, ponieważ dobrze pasuje, ale poza tym gram na DW. Robota, jaką robią, jest oszałamiająca. Myślałem, że bębny to bębny do momentu, gdy zacząłem grać na DW. Jest to zasadniczo praktycznie ten sam zestaw rozmiarów, jak w przypadku Pearl, na którym grałem w Donington, ale jest to DW z werblem DW Edge. Ten werbel brzmi fenomenalnie. Koncert Monster Of Rock z 1990 roku stał się swoistą ikoną. To było wspaniałe. Graliśmy olbrzymie koncerty w ramach Monsters of Rock razem z Motley Crue, Metallicą, Black Crowes i publiczność dobijała do 100000. Sfilmowaliśmy ten koncert, a reżyserem był David Mallett. Uwielbia bębny, co było dla mnie wspaniałe, ponieważ masz zazwyczaj trzy sekundy perkusisty i tyle. W stylu: "O, jest perk… och, już go nie ma." Wszyscy to znamy. Wykonał świetną robotę. Dla całego zespołu. To był numer jeden trzy razy na świecie - na kasecie, DVD i Blu-ray. Jestem z tego bardzo dumny. W jednym z waszych teledysków pojawił się również Arnold Schwarzenegger. Rozumiem, że było to jedno z bardziej surrealistycznych doznań podczas twojego pobytu w AC/DC? Tak, nagrywaliśmy video do Big Guns. To w sumie bardzo zabawny gość. A jeszcze zabawniej było, jak złapał Angusa, podniósł i usadowił na swoim ramieniu, będąc ubranym w mundurek szkolny. Brzmi to tak, jakbyś miał świetny kontakt z chłopakami z AC/DC, a opuściłeś zespół w 1995 roku przed Ballbreaker. Dlaczego? Nagrywaliśmy w Londynie demo z chłopakami przez dwa miesiące. Mal zadzwonił do mnie i powiedział, że nic do mnie nie ma i nie jest to kwestia, co robię lub nie robię, ale chcieli dać szansę Philowi. Powiedziałem: "To znaczy, że jestem poza zespołem, odchodzę." Mal powiedział: "Nie, nie, nie, chcemy, byś był, bo nie wiemy, czy Phil wciąż potrafi grać". Powiedział mi, że to teraz jest jego problem. Jeżeli coś nie jest zepsute, nie naprawiaj tego. Zrezygnowałem następnego dnia. Chcieli mnie trzymać przez kolejne miesiące, ale nie czułem, by było to dobre. Odezwała się moja głupia duma. Gdyby to był mój syn, powiedziałbym mu: " Nie, siedź, przyjdą do ciebie." Mówiąc szczerze, myślę, że by się zgłosili (śmiech). Są jednak bardzo dumni i nie zgłosiliby się do mnie teraz. Jesteśmy w kontakcie i był to dla mnie wielki zaszczyt i wyróżnienie móc grać z tymi facetami. Ludzie często pytają, co zrobiłem, że sprawy potoczyły się źle z AC/DC. Nic złego się nie stało. Może czasami opuściłem pałeczkę, może, ale tylko tyle. Oni są jak mechanizm zegarka, jak maszyna. Po prostu fantastyczne i wspaniałe przeżycie. Jaki jest sekret zdobywania tych wszystkich wspaniałych etatów? Jest to połączenie twojej osobowości z umiejętnościami bębniarza, musisz być razem z ludźmi. Jeżeli jesteś dupkiem, nie będziesz miał roboty po pierwszej trasie. Spójrz na Jimmy’ego Page’a, to bardzo skromny człowiek, nie chodzi naokoło myśląc o tym, że jest Jimmym Pagem, jest zwyczajnie normalnym kolesiem. Obecnie masz zespół Chris Slade Timeline? Zawsze chciałem to zrobić, ale nigdy nie mogłem znaleźć muzyków. Nie miałem muzyków, którzy by zagrali AC/DC, a później inne rzeczy. To bardzo szerokie spektrum z 50 lat mojego życia i kariery. Ci wszyscy goście, którzy są obecnie ze mną, to moi przyjaciele z Kent, gdzie obecnie przebywam. Bez nich ten projekt nie miałby racji bytu. Nagraliśmy właśnie EP z piosenkami takimi, jak July Morning i Thunderstruck oraz dwiema z Earth Band: Joybringer i Blinded By The Light, które bije na łeb Bruce’a Springsteena. Mamy dwóch wokalistów, jeden śpiewa AC/DC, a drugi resztę - nazwijmy to - melodyjnego materiału. Jest to projekt, który chciałem zrobić od jakiegoś czasu, może nie od 50 lat, ale od 10 lat myślałem, by zebrać to wszystko do kupy. Masz obecnie 67 lat. Czy twoja perkusyjna kariera zaczyna powoli zbliżać się do końca? To wielkie szczęście móc dalej grać, szczególnie w moim wieku. Gdybym nie mógł grać z mocą to bym przestał. Jest to takie uczucie, jakbym co wieczór grał maraton. Nie mógłbym siedzieć w rogu i kiwać się, grając jazz. Wysłuchali i spisali: Maciej Nowak i Rich ChamberlainZdjęcia: Rob MonkWywiad ukazał się w numerze wrzesień 2014
Zawód perkusisty to nie jest najłatwiejszy kawałek chleba. Powszechnie wiadomo, że wokaliści i gitarzyści wzbudzają największe zainteresowanie fanów, a perkusiści zwykle instalują się z tyłu sceny, ledwo widoczni zza swoich zestawów. Są oczywiście również gwiazdy wśród bębniarzy, jednak zwykle to nie na nich skupia się uwaga. A przecież wykonują oni pracę, która wymaga finezji, umiejętności napędzenia utworu i rozruszania słuchaczy. Jest to więc zawód z definicji dla ludzi nie oczekujących tego, że będą powszechnie kochani, doceniani i wielbieni. Są jednak tacy, którzy dali się poznać jako wspaniali muzycy, zostali jak najbardziej docenieni przez kolegów muzyków, byli lub są angażowani do najlepszych zespołów, grali lub grają z największymi gwiazdami, niemniej szeroka publiczność, a nawet wielbiciele perkusji, często nie znają ich nazwisk, choć nieraz słyszeli ich świetne groove’y położone do wielkich przebojów i klasycznych utworów. Właśnie takim perkusistom poświęcamy niniejszą listę. Niedawno popełniliśmy zestawienie dziesięciu najbardziej niedocenianych polskich bębniarzy, co może się wydawać zadaniem karkołomnym biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy i mamy w naszym kraju o wiele więcej świetnych zawodników. Tym bardziej niemożliwe wydaje się wybranie dziesięciu podobnych postaci na całym świecie. Traktujcie zatem ten artykuł jako subiektywny wybór i hołd dla wszystkich mistrzów drugiego planu, którzy nie spotkali się z tak powszechnym uznaniem, na jakie zasłużyli. 10. Chris Joyce Współzałożyciel i perkusista zespołu Simply Red w latach 80. Zapytacie może: “A cóż wielkiego facet zagrał?“. Kto usiądzie do bębnów i zagra “If You Don’t Know Me By Now” z taka kulturą wykonawczą, brzmieniem werbla “z łapy” i bez przyspieszania, będzie miał prawo coś takiego powiedzieć. Gwarantuję Wam jednak, że właśnie taka osoba nic takiego nie powie. Pozostali niech po prostu przyjmą do wiadomości, że to angielski muzyk, który debiutował w czasach eksplozji punk rocka, ale (jak wielu członków angielskich kapel punkowych z końca lat 70.) był świetnie obeznany z klasyką soulu i jazzu, co słychać doskonale na płytach Simply Red nagranych z jego udziałem. 9. Sterling Campbell Uczeń znajdującego się na piątym miejscu naszego zestawienia Dennisa Davisa. Współpracował z gwiazdami takimi jak: Cyndi Lauper, Duran Duran, Soul Asylum, The B52’s, David Byrne, a w latach 1992 – 2004 był stałym członkiem grupy wspierającej Davida Bowie. Posłuchajcie tylko, jak pięknie płynie “China Girl” w jego wykonaniu z 2002 r. 8. Larrie Londin Dziś trochę zapomniany. Naprawdę nazywał się Ralph Gallant. Zaczynał jako sesyjny perkusista wytwórni Motown, gdzie zastępował jednego z Funk Brothers – wracającego do zdrowia po zawale serca Benny’ego Benjamina. Wtedy współpracował z takimi gwiazdami jak The Supremes, The Temptations, Marvin Gaye, The Four Tops, Smokey Robinson, Wilson Pickett. Po przeprowadzce do Nashville stał się jednym z najbardziej poszukiwanych sesyjnych bębniarzy sceny country. Występował i nagrywał z Elvisem Presley’em w końcowym okresie jego życia i kariery. Zmarł w 1992 r. na skutek ataku serca, którego doznał po zakończeniu prowadzonej przez siebie kliniki perkusyjnej. 7. Keith Forsey Angielski perkusista, kompozytor i producent. Zaczynał w Niemczech, gdzie producent Frank Farian zaangażował go jako sesyjnego perkusistę do nowego projektu, który nazwano Boney M. Zagrał na wszystkich klasycznych płytach grupy, a więc numery takie jak “Daddy Cool“, “Ma Baker“, “Belfast“, “Rasputin“, “Rivers Of Babylon“, “Gotta Go Home” to jego robota. Pracując z producentem Georgio Moroderem wystąpił w nagraniach klubowych Donny Summer, w tym przeboju “Bad Girls“. Wraz z Moroderem napisał wielki przebój “What A Feeling“. Jako samodzielny producent, współkompozytor lub autor tekstów miał wkład w sukces takich artystów jak Billy Idol (płyty “Billy Idol” i “Rebel Yell“), Simple Minds (przebój “Don’t You (Forget About Me)“, Limahla (hit “Neverending Story“). 6. Tony Thompson Perkusista zespołu Chic, który zagrał na wszystkich wielkich hitach grupy (“Dance Dance Dance“, “Everybody Dance“, “Le Freak“, “I Want Your Love“, “Good Times“). Jako muzyk sesyjny położył ścieżki do takich przebojów jak choćby “We Are Family” Sister Sledge, “Upside Down” i “I’m Coming Out“, “Like A Virgin” i “Material Girl” Madonny oraz “Addicted To Love” Roberta Palmera. Był członkiem zespołu Power Station. Podczas koncertu Live Aid 13 lipca 1985 r. wziął udział w reaktywacji grupy Led Zeppelin (zagrał razem z Philem Collinsem). Słynął z potężnego uderzenia. Zmarł na raka nerek w 2003 r. 5. Dennis Davis Uczeń Maxa Roacha i Elvina Jonesa, a nauczyciel Sterlinga Campbella. Zaczynał w big bandzie Clarka Terry’ego, współpracował z takimi artystami jak Roy Ayers, George Benson, Stevie Wonder, Iggy Pop. W latach 1975 – 1980 zagrał na wszystkich płytach Davida Bowie. To oznacza, że klasyki takie jak “Fame“, “Wild Is The Wind“, “Heroes“, “Ashes To Ashes” czy “Fashion” tak wspaniale płyną dzięki jego grze. Brzmienie jego werbla, które wykorzystano podczas nagrań albumu “Low” należy do biblioteki klasycznych brzmień i sampli perkusyjnych. Wielokrotnie był członkiem zespołu koncertowego Davida Bowie, zarówno jako perkusista, jak i perkusjonista. Zmarł na raka w 2016 r. 4. Dennis Bryon Zaczynał z zespołem Amen Corner, który w 1969 r. wylansował przebój “(If Paradise Is) Half As Nice“. Znany jest głównie ze współpracy z grupą Bee Gees w latach 1974 – 1979, co znaczy, że to do jego groove’ów tańczył cały świat w tym okresie. Wystarczy tylko wymienić takie tytuły jak: “Jive Talkin‘”, “You Should Be Dancing“, “Stayin’ Alive“, “How Deep Is Your Love“, “Night Fever” czy “Tragedy“. Był także współproducentem solowej płyty Robina Gibba “How Old Are You“, zawierającej hit “Juliet“. 3. Ola Brunkert Szwedzki odpowiednik Dennisa Bryona. Wraz z basistą Rutgerem Gunnarssonem wystąpił na wszystkich płytach zespołu ABBA. W studio pojawiali się jeszcze inni (np. Roger Palm, Per Lindvall, czy Joe Galdo), jednak to głównie jego groove’y były podstawą do tanecznych wyczynów naszych rodziców i dziadków. Był częścią koncertowego bandu ABBY podczas wszystkich ważnych występów i tras grupy, a więc było go słychać i widać podczas wykonania “Waterloo” na Eurowizji w 1974 r., podczas słynnej trasy po Australii (1977) oraz światowej trasy w 1979 i 1980 r. Zmarł w 2008 r. na skutek obrażeń doznanych po upadku we własnym domu. 2. Fred White, Maurice White, Ralph Johnson Zagrali na perkusji i instrumentach perkusyjnych na wszystkich klasycznych płytach Earth Wind & Fire, a więc potężne groove’y położone pod takie klasyki jak “Fantasy“, “Shining Star“, “That’s The Way Of The World”, “September“, “In The Stone” czy “After The Love Has Gone” to ich robota. Nic tylko słuchać i się zachwycać… Ralph Johnson pozostaje aktywnym członkiem EW&F do dziś. Maurice White zmarł w 2016 r. na chorobę Parkinsona. 1. Ringo Starr Perkusista najpopularniejszego zespołu w historii, który grał wszystko to, co było w tej wspaniałej muzyce potrzebne do zagrania. To najwyższy poziom gry dla piosenki, który jednak przez wielu bębniarzy nie jest tak doceniany jak powinien. Jeśli Alan White (od 1972 r. bębniarz Yes), który naprawdę potrafi zagęścić grę, w pokoleniowym hymnie Johna Lennona “Imagine” zagrał wyłącznie to, co było potrzebne, to przecież ewidentny hołd dla podejścia i stylu gry Ringo. Share
Fani na całym świecie są w żałobie. W miniony wtorek przed południem odszedł w wieku 80 lat Charlie Watts, perkusista legendarnej formacji rockowej The Rolling Stones. Jak podaje Reuters, przyczyną śmierci był złośliwy nowotwór krtani. Ringo Starr, były perkusista The Beatles, opisał Wattsa jako "piękną ludzką istotę". Charlie grał na wszystkich 30 albumach grupy i na każdej trasie koncertowej. W dniu 4 sierpnia Stonesi ogłosili, że ich perkusista wycofuje się z planowanej trasy koncertowej "No Filter" po USA, ponieważ potrzebuje czasu na powrót do zdrowia po "nieokreślonej procedurze medycznej". Była to prawdopodobnie seria naświetlań. Zakłócona pandemią koronawirusa trasa "No Filter" ma rozpocząć się 26 września koncertem w St. Louis. Do środy nikt oficjalnie nie potwierdził tej daty. "Charlie Watts był najlepszym perkusistą w całej historii rock and rolla. Poza tym był to najbardziej stylowy i najlepiej ubrany człowiek naszej branży" - napisał na Twitterze Elton John. Rzeczywiście, trudno by znaleźć lepszego bębniarza. Skład jego perkusji był bardzo skromny w porównaniu z innymi słynnymi zespołami. Zapytany kiedyś czemu nie rozbuduje swojej sekcji odparł: "Nie widzę takiej potrzeby. Zagram na trzech bębnach to, na co inni potrzebowaliby sześciu lub więcej". Był również dandysem, ale bez zbytniej przesady, bardzo dbał o higienę i jako niespełniony projektant graficzny także o właściwy dla jego figury oraz aparycji dobór strojów. Charlie jako perkusista zapewniał The Rolling Stones "bicie serca". Najlepiej słychać to bicie w piosence "Paint It, Black", gdzie jego prosta gra na bębnie, bez zbędnych ozdobników, tworzyła niebywale harmonijny podkład do tego pięknego utworu. Kiedy doda się do tego niepokojący i subtelny dźwięk indyjskiego instrumentu sitar, obsługiwanego przez niezapomnianego Briana Jonesa, trudno dziwić się, że singel "Paint It, Black" dotarł na pierwsze miejsce amerykańskiej listy Hot 100 oraz na szczyt brytyjskiej listy przebojów. Utwór doczekał się wielu przeróbek, swoją wersję „Paint It, Black” nagrali Eric Burdon&War, U2, London Symphony Orchestra, Omega, czy Deep Purple. Piosenka ukazała się także w kilku wersjach językowych: po francusku („Marie douceur, Marie colère” w wykonaniu Marie Laforet), włosku („Tutto nero” Cateriny Caselli), niemiecku („Rot und schwarz” Karela Gotta), czy serbsku („U crno obojeno” Dragana Kojicia Keby). To jednak nie było to. Nikt nie jest w stanie powtórzyć wyczynów Wattsa na perkusji i Jonesa na sitarze. Brian Jones - jeden z założycieli The Rolling Stones - był muzykiem wyjątkowo uzdolnionym, grał na gitarze, fortepianie, harmonijce ustnej, mandolinie, organach, klawesynie, sitarze, saksofonie, flecie, cytrze, oboju i klarnecie. Niestety, zgubiły go narkotyki. W nocy z 2 na 3 lipca 1969 r. został znaleziony martwy we własnym basenie. Miałby dzisiaj 79 lat. Zanim Mick Jagger i Keith Richard zaprosili Charliego Wattsa do stałej gry w zespole, grywał wieczorami z Blues Incorporated, pierwszą brytyjską formacją R&M prowadzoną przez Alexisa Cornera, u boku Jacka Bruce`a, przyszłego basisty supergrupy Cream. Kiedy odszedł do Stonesów, zastąpił go na perkusji Ginger Baker, także przyszły członek Cream. Watts kochał przede wszystkim jazz. Jeszcze przed wstąpieniem do The Rolling Stones znajdował czas na granie z kilkoma jazzowymi bandami. Będąc już Stonesem stworzył 32-osobowy zespół Charlie Watts Orchestra, grał także z pianistą Ianem Stewardem w grupie Rockets 88. W latach dziewięćdziesiątych Charlie Watts Quintet wydał kilka albumów jazzowych, w tym jeden będący hołdem dla ikony jazzu Charliego Parkera. W 2004 r. kwintet rozszerzył skład i stał się Charlie Watts and the Tentet. Podczas kiedy jego koledzy z The Rolling Stones oddawali się hulankom i zabawiali na epicką skalę "gruppies", Charlie oddawał się kompulsywnemu nawykowi szkicowania każdego nowego pokoju hotelowego, który zajmował podczas tras koncertowych. Miał chwile słabości w latach osiemdziesiątych, kiedy nadużywał alkoholu i narkotyków próbując uporać się z kryzysem wieku średniego, ale stosunkowo szybko wyszedł z klinczu. "Był to dla mnie krótki okres, ponieważ w ogóle mi to nie pasowało" - opowiadał w 2012 r. dziennikarzowi gazety Daily Mirror. To wtedy podczas jednej z tras koncertowych uważany za niebywale spokojnego lalusia Charlie miał nieoczekiwanie pokazać wielką charyzmę i lwi pazur. Rankiem czynił codzienną toaletę, na którą to czynność potrzebował zdecydowanie więcej czasu niż pozostali koledzy. W pewnym momencie zadzwonił telefon, przerywając toaletową celebrę. Charlie był poirytowany, bo wszyscy wiedzieli, że rano nie należy mu zawracać głowy. Dzwonił Mick Jagger ze swojego hotelowego apartamentu na końcu korytarza. Był na potężnym kacu i prawdopodobnie zawiódł go mechanizm obronny, bo wykrzyczał do słuchawki: "Gdzie, do k... nędzy jest mój perkusista?! Mam go zacząć szukać?". Charlie nic nie powiedział. Na pół ubrany zapukał do apartamentu Micka, a kiedy ten otworzył drzwi, centralnie walnął go pięścią w nos. Osłupiały ze zdumienia Mick zwalił się na podłogę, a Charlie stanął nad nim i nie podnosząc głosu, bez żadnych emocji oznajmił: "Zapamiętaj sobie po wsze czasy, sukinsynu, że to nie ja jestem twoim perkusistą, lecz ty moim solistą". I spokojnie wyszedł, by kontynuować poranną toaletę. Był nałogowym palaczem papierosów, zerwał z nałogiem dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych. W 2004 r. zdiagnozowano u niego raka krtani. Charlie Watts miał kilka miłości, jak jazz, perkusja, grafika i The Rolling Stones, ale najważniejsze w życiu były trzy jego kobiety - żona Shirley, z którą przeżył aż 57 lat, córka Seraphina oraz wnuczka Charlotte. Charlie poślubił Shirley Ann Shepherd w październiku 1964 r., którą poznał jeszcze zanim The Rolling Stones zdobyli popularność. W marcu 1968 r. na świat przyszła ich jedyna córka Seraphina. Wnuczka Charliego, dzisiaj 24-letnia Charlotte Watts, została modelką i projektantką, ma na koncie współpracę z takimi markami jak Topshop, Christopher Kane, Bimba y Lola oraz Rag&Bone. Żona – Shirley Watts – jest jednym z największych hodowców koni arabskich czystej krwi na Wyspach. Przez wiele lat wraz z mężem odwiedzała Janów Podlaski, gdzie brali udział w pokazach Dni Konia Arabskiego. Bywali także na torze służewieckim i raz w życiu miałem okazję spotkać się twarzą w twarz z Charliem Wattsem. Jednak na początku 2016 r. stosunki stadniny z panią Shirley uległy znacznemu pogorszeniu. Wpływ na to miała sytuacja z 17 marca, gdy padła warta około miliona złotych klacz Preria. Kilka tygodni później podobny los spotkał klacz Amrę. Sprawą zajęła się prokuratura, a pani Watts zabrała swoje konie z Janowa Podlaskiego. Angielka zapowiadała podjęcie kroków prawnych przeciwko stadninie, jednak w 2017 r. doszło do ugody z szefostwem SK Janów Podlaski. Istnieje powiedzenie, że bogowie umierają młodo. Jest w nim sporo prawdy, ale w przypadku Charliego Wattsa nie sprawdziło się. I całe szczęście, bo ten wyjątkowy facet oraz jego koledzy Mick Jagger, Keith Richards, Bill Wyman, Ron Wood i przedwcześnie zmarły Brian Jones leli kilku pokoleniom Polaków, w tym mojemu, miód na nasze skołatane za komuny serca. Kiedy 13 kwietnia 1967 r. Stonesi zagrali pamiętny koncert w Warszawie, za co otrzymali od organizatorów wynagrodzenie w postaci wagonu towarowego wypełnionego wódką Wyborową, byli wówczas dla nas nastolatków jutrzenką wolności. To było wydarzenie historyczne. W Sali Kongresowej zgromadziło się blisko 5 tysięcy fanów, podczas gdy jej pojemność to 2,5 tysiąca miejsc. Dzięki Ci, Charlie, z całego serca za wszystko! Dzięki wielkie także Twoim kolegom z The Rolling Stones. Za to, że przez tyle dekad byliście ze mną. Fot. wikipedia
"Alan White był wspaniałym perkusistą, który był istotnym elementem brzmienia "Imagine", "Instant Karma!" i wielu innych nagrań" - wspomina muzyka Yoko Ono. Informacje o śmierci artysty przekazała rodzina perkusisty oraz zespół Yes. Zmarł w wieku 72 lat po krótkiej chorobie - podają jego bliscy. Zmarł jeden z najwybitniejszych perkusistów rockowych wszech czasów Perkusista brytyjskiego zespołu odszedł w wieku 72 lat. Informację o śmierci artysty przekazały: jego rodzina oraz muzyczna grupa Yes. Jak wynika z komunikatów opublikowanych w mediach społecznościowych, muzyk zmarł po krótkiej chorobie. Alan White, nasz ukochany mąż, tata i dziadek, zmarł w wieku 72 lat w swoim domu w Seattle 26 maja 2022 roku, po krótkiej chorobie. Przez całe swoje życie i sześciodekadową karierę Alan był dla wielu ludzi: gwiazdą rocka dla fanów na całym świecie, kumplem zespołu dla kilku wybranych, dżentelmenem i przyjacielem dla wszystkich – czytamy w oświadczeniu bliskich. Alan White na muzycznej scenie Uznawany za jednego z najwybitniejszych perkusistów rockowych w historii – współpracował z wykonawcami, takimi jak: John Lennon, Eric Clapton, Doris Troy, Billy Preston, Joe Cocker czy George Harrison. Alan White urodził się 14 czerwca 1949 roku w Pelton w hrabstwie Durham w Anglii. Naukę gry na fortepianie rozpoczął w wieku sześciu lat, na perkusji zaczął grać w wieku lat dwunastu, a od trzynastego roku życia brał udział w występach publicznych. W latach 60. rozwijał swoją muzyczną karierę przy współpracy z: The Downbeats, The Gamblers, Billy Fury, Alan Price Big Band, Bell and Arc, Terry Reid, Happy Magazine (później Griffin). Do zespołu Yes dołączył w lipcu 1972 roku. Z głębokim smutkiem informujemy, że Alan White, ukochany perkusista i przyjaciel, zmarł w wieku 72 lat po krótkiej chorobie. Wiadomość zszokowała i wprawiła w osłupienie całą rodzinę YES. Alan nie mógł się doczekać nadchodzącej trasy koncertowej po Wielkiej Brytanii, aby uczcić 50. rocznicę współpracy z YES oraz wydanie ikonicznego album 'Close To The Edge'. […] Niedawno obchodził 40. rocznicę małżeństwa ze swoją kochającą żoną Gigi. Alan odszedł spokojnie w swoim domu – żegna artystę grupa. Zespół poinformował, że nadchodzące występy zadedykuje zmarłemu artyście. Na facebookowej stronie „Yes” pojawiły się wpisy autorstwa znanych postaci, wśród których znaleźli się Jon Anderson, John Lodge, Mike Portnoy, Carl Palmer, Ginger Baker, Yoko Ono, Steve Hackett, Nad Sylvan, Brian Wilson i in.
bije w nie perkusista